|
|
|
| Dane Stanisławy Bukowskiej znalezione na stronie straty.pl |
|
|
| Rysunek z maszynopisu ze wspomnieniami Stasi Bukowskiej |
|
|
| Janina Peretjatkowicz - nauczycielka geografii i jedna z głównych organizatorek tajnego nauczania w obozie |
|
|
| Wanda Madlerowa - biolożka z Lublina i więźniarka poddawana okrutnym eksperymentom medycznym |
|
|
| Helena Salska - nauczycielka osadzona w 1939 roku, silnie zaangażowana w edukację i obozowe życie artystyczne |
|
|
| Stanisława Schöneman-Łuniewska - duch opiekuńczy obozu, pełna ofiarności i życzliwości, narażała się dla więźniarek poprzez organizowanie leków, wyciąganie kobiet z kolumn przeznaczonych do gazowania. Była matką dla młodocianych, opiekunką dla chorych i nieszczęśliwych |
|
|
| Julia Szartowska - polonistka organizująca w obozie tajne komplety z literatury pięknej. Fot. z publikacji: Urszula Wińska "Zwyciężyły wartości: wspomnienia z Ravensbrück", Gdańsk 1985 |
|
|
Od początku okupacji niemieckiej buntowałam się przeciw wrogowi. Pracowałam nad tym, aby utrudnić mu wszystko, aby obrzydzić mu życie w Polsce. Wtedy jeszcze na nic poważniejszego nie mogłam się zdobyć, gdyż miałam dopiero 12 lat. Mijały dni, tygodnie i miesiące buntu i bezbrzeżnej tęsknoty za nauką.
Pewnej styczniowej niedzieli w roku 1942 straciłam nie tylko możność nauki, ale i wolność, jaką jeszcze posiadałam. Skutkiem oporu w pracy zostałam aresztowana wraz z mamusią. Przesyłano nas z obozu do obozu, aż po wielu etapach obozowych dowieziono nas do Ravensbrück. Ravensbrück leży o 80 km od dawnego Braniborza słowiańskiego, jako obóz otoczony był grubym murem i drutem elektrycznym. Z chwilą, gdy wprowadzono nas do wnętrza i brama zatrzasnęła się za nami, wtedy na chwilę zamajaczyło mi przed oczyma widmo ciężkiej, szarej i beznadziejnej przyszłości, jaką można tu było przewidzieć. Na jak długo? Czy wyjdziemy stąd jeszcze?
Tracąc wiarę w moc własnego przetrwania i we własną przyszłość, nie traciłam jej co do przyszłości Ojczyzny. W najcięższych chwilach myślałam o dalekiej Ojczyźnie, o szkole polskiej, a wargi codziennie szeptały gorące słowa modlitwy o wytrwałość i moc ducha. W nagrodę za modlitwę nawiedzała mnie coraz częściej myśl, że nic nie trwa wiecznie, więc i mocarstwowość niemiecka skończyć się musi.
Po kilku tygodniach mego pobytu w obozie zorientowałam się, jaka jest jego powierzchnia i ilu uwięzionych. Tego roku, w którym przyjechałyśmy do obozu, było 18 tysięcy przedstawicielek różnych narodowości, między nimi nieliczna gromadka Polek, licząca 4 tysiące. W pracy byłyśmy podzielone na kolumny. Jedne pracowały wewnątrz obozu, budując bloki, inne w kuchni, szwalni, pralni, a starsze panie robiły pończochy wełniane dla żołnierzy. Moja mamusia należała do tych ostatnich. Ja zaś w sumie nie pracowałam więcej niż tydzień, gdyż uważałam, że muszę być konsekwentną, ukrywałam się przeważnie między chorymi i tak oszukiwałam Wielkie Niemcy do końca. Za swą największą zasługę uważałam to, że z narażeniem życia nie przykładałam ręki do potęgi niemieckiej.
Po siedmiu miesiącach pobytu w obozie zachorowałam i przez 6 tygodni leżałam prawie nieprzytomna. Podczas choroby najczęściej odwiedzała mnie p. Kazimiera Chrobakowa, nauczycielka szkoły powszechnej. Kiedy było mi trochę lepiej, prosiłam, ażeby pani Kazimiera coś mi opowiadała. Chętnie godziła się na to i co dzień przychodziła mi opowiadać. Po upływie dwóch miesięcy czułam się zupełnie dobrze i wtedy zwróciłam się do pani Kazimiery z prośbą o "opowiadania" z zakresu historii, następnie polskiego, a wreszcie matematyki. Pani Kazimiera chętnie to robiła i od tego czasu zaczęłyśmy wychodzić na ulicę lagrową wieczorem na "opowiadania" polskiego lub historii. Matematykę robiłyśmy na łóżku. Zdobyłam kawałek ołówka i notes, następnie zrobiłam sobie mapy do geografii i odtąd z wolna "opowiadania" przekształcają się w naukę. Z panią Kazimierą przerobiłam 7 oddziałów szkoły powszechnej, a następnie p. Kazimiera oddała mię pod opiekę p. Janiny Periatiatkiewicz [właśc. Janina Peretjatkowicz - dop. Red.], profesorki uniwersytetu. Po jakimś czasie przyłączyła się do mnie jeszcze jedna dziewczynka. Pani Janina poszukała innych nauczycielek do współpracy. Zgłosiła się: p. Helena Salska, p. Maria Milewska, p. Julia Szartowska, p. Wanda Madierowa (Wanda Madlerowa - dop. Red.) i p. Maria Rylke. One to do ostatnich chwil pracowały nad nami w obozie, każdy ułamek czasu poświęcały nam. Od tej chwili wszystkie uwięzione chroniły nas przed nalotami stróżek, które wpadały czasem do bloku, jak bomba. Całą duszą pomagały nam w pracy nasze władze bezpośrednie, np. nasza izbowa, p. Maria Poniatowska lub p. Stasia Szeszeman (Stanisława Schöneman-Łuniewska - dop. Red.) obozowe bezrobocie i ukochaną pracę osłaniały przed władzami niemieckimi z narażeniem życia.
Po upływie sześciu miesięcy nauki, przyłączyły się do nas jeszcze cztery koleżanki: Basia Pietrzyk, Jasia Marciniakówna, Stasia Śledziejewska (Stanisława Śledziejowska - dop. Red.) i Basia Czajkowska. Wszystkie cztery były operowane. Bowiem w obozie robiono operacje dziewczynkom, mającym po 17 lub 18 lat. Operacje te najpierw robiono na królikach, następnie na psach, a w końcu na polskich dziewczętach, które otrzymały przydomek "króliczek". Jedne z nich miały wyciągany szpik z kości, inne częściowo wyjęte kości z nóg, a inne zaś okrojone mięśnie - było ich wszystkich 130, z tych 60 umarło, a 70 zostało kalekami.
Następnie grono nasze powiększyło się jeszcze o dwie dziewczynki. Przyszły do nas: Halinka Bartyńska i Kazia Remieszko. Było nas już dziesięć, miewałyśmy lekcje na najwyższym łóżku jednej z nas, a że stawało się coraz ciaśniej, zwróciłyśmy się do naszej izbowej, p. Marii Poniatowskiej z prośbą, by poszukała nam gdzieś dwóch łóżek razem. Pani Maria, jak zwykle, chętnie nam pomogła i znalazła dwa łóżka razem. Zaraz przeniosłyśmy się tam i odtąd nie potrzebowałyśmy w dni słotne i zimne chodzić po dworzu w czasie lekcji. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące.
Od chwili zajmowania terenów Polski przez armię oswobodzicielską w obozie powstał wielki zamęt. Niemcy, nasi łaskawi chlebodawcy, zaczęli stosować najokrutniejsze metody do zlikwidowania uwięzionych, zwłaszcza starszych, których pięć lat obozu nie wytrąciło z równowagi. Teraz noce były przerywane szlochem matek, które żegnały córki, przeznaczone do pieca lub odwrotnie. Siedziały te kobiety już po kilku latach, a pod koniec wykonano na nich okrutne wyroki. Wśród płaczu i ciemności odchodziły nasze współtowarzyszki na egzekucję. Byłyśmy bezsilne, nie było jeszcze jednomyślności w obozie, chociaż niektóre jednostki rwały się do protestu, buntu i ostatecznej zemsty, ale było nas za mało. Zwykle po godzinie po opuszczeniu sali przez nieszczęśliwe ofiary, rozlegały się strzały. To egzekucja! Nad obozem wznosiły się kłęby czarnego dymu z ciał palących się w krematorium. Wstrząsnęły nami aż do głębi te okropne sceny. Wtedy już i naukę musiałyśmy przerwać, gdyż cztery spośród nas zostały również zabrane na egzekucję, a z nimi wszystkie "króliczki".
Lecz wtedy, jak było 120 tysięcy kobiet w obozie, tak wszystkie stanęły w obronie tych męczennic. Chciałyśmy je ocalić, jako jeszcze jeden żywy dowód niemieckich zbrodni, dokonywanych na bezbronnych kobietach. Przechowałyśmy je! A nawet przemocą nie dałyśmy ich, mimo że bloki polskie były trzy dni bez jedzenia, picia, powietrza i wody, otoczone wałem żołnierzy niemieckich. Umysły nasze były tak wyczerpane, że nie mogłyśmy zebrać myśli. Nie myśli, a odruchy kierowały naszym życiem.
Trudno jest określić to, co czułam i jak zareagowałam na wieść, która mimo odcięcia naszego od świata i ludzi, przez druty i mury dotarła do nas, mianowicie, że na wschodnich terenach Polski są już uruchomione szkoły. Z jednej strony cieszyłam się, że moi znajomi i nawet może i bliscy mogą się uczyć, że marzenia ich stały się rzeczywistością, z drugiej głuchy ból, żal i zazdrość napełniły mi duszę. My w obozie nie tylko nie mogłyśmy się już uczyć, ale niepewne byłyśmy jutra, gdyż losy nasze jeszcze stale były w rękach niemieckich. Tak mijały dni, tygodnie, przeminęły cztery miesiące długie jak wieki, w bezczynności.
Pierwszego kwietnia przyjechały samochody Szwedzkiego Czerwonego Krzyża i zajęły się Polkami, przywiozły nam paczki, na które czekałyśmy tyle miesięcy z utęsknieniem, gdyż w ostatnich czasach prawie zupełnie nie dawano nam chleba ni ziemniaków, tylko kawę i 1/4 litra spalonej, gorzkiej brukwi, były naszym jedynym pokarmem.
Pierwszy kwietnia 1945 roku był dla nas dniem radości, gdyż Szwedzki Czerwony Krzyż zabrał wszystkie chore Polki do Szwecji. W tym dniu zabłysnął pierwszy promyk od tylu lat oczekiwanej wolności. Następnego transportu oczekiwałyśmy z niecierpliwością. Po pięciu dniach przyszły znów samochody, lecz już nie dla nas uśmiechnął się ten różowo-złoty blask wschodzącego słoneczka. My zostałyśmy przeznaczone na następny transport. Niestety, może mimo najlepszych chęci, Szwedzi nie zdążyli już nas zabrać, gdyż armia oswobodzicielska stała u bram obozu.
W nocy 27 kwietnia, Niemcy zmuszeni byli do ostatecznej ucieczki. W tę noc nastąpiła ogólna ewakuacja obozu, tylko chore pozostały na placu, wszystkie inne otoczyły niemieckie szeregi i pędziły na zachód. Szłyśmy o głodzie, a pragnęłyśmy tylko snu i spoczynku, który nam ciągle obiecywano. Pierwszego dnia strzały, które do nas dolatywały od opuszczonego obozu, powiadomiły nas o losie naszych współtowarzyszek. Kto zostaje - odchodzi na zawsze! Pamiętałyśmy o tym dobrze, dlatego najsłabsze i najstarsze szły w pierwszych szeregach, otoczone silniejszymi, które w każdej chwili mogły i musiały udzielić im pomocy. Musimy dojść wszystkie! Żadna nie mogła i nie powinna ustać w drodze! Takie było nasze postanowienie, którego dotrzymałyśmy.
Przedzierałyśmy się między tysiącami niemieckich uciekinierów i samochodów wojskowych. W dzień towarzyszyły nam krzyki, nawoływania i warkot samolotów, które gęsto prażyły ogniem karabinów maszynowych. W nocy - względna cisza i łuny pożarów, które były dla nas przepięknym tłem najpiękniejszego filmu, w którym same brałyśmy udział. "Upadek" potęgi niemieckiej!
Ale tymczasem bohaterki filmu czuły się jak szczute zwierzęta, które pragnęły spoczynku i jedzenia. Uciekałyśmy nie wiedząc przed czym: przed tymi którzy nam wolność niosą? Co za ironia losu! Każdy krok oddalał nas od Polski i domu, a przecież iść musiałyśmy, bo groźna lufa karabinu niemieckiego żołdaka patrzyła na nas jak zły pies, który za każdy niebaczny krok, może ugryźć śmiertelnie. Już dosyć tej podróży na zachód!
Tej nocy postanowiłam uciec z mamusią wraz z dwiema moimi koleżankami. Lecz kiedy zorientowałam się, gdzie jestem, już nie mogłam znaleźć mamusi. Bezsilna i głodna nie mogłam iść dalej. Do Malhoffu było jeszcze 80 km, a Rosjanie tuż za nami. Więc nie było sensu iść dalej. Nadeszła ciemna noc, księżyc skrył się za chmury, jak gdyby chciał nam pomóc. Jednym susem skoczyłyśmy i byłyśmy już po drugiej stronie rowu, następnie po cichu udałyśmy się w gęstwinę leśną i tam spędziłyśmy kilka godzin. Tylko jedną dobę czekałyśmy na naszych oswobodzicieli. Tego dnia widziałyśmy chyba najpiękniejsze sceny. Niemcy porzucili wszystko, co przez 6 lat zrabowali. Patrzyłyśmy z pogardą na tych, do niedawna butnych żołnierzy niemieckich, którzy teraz jak oszołomieni, zrzucali z siebie mundury, a wkładali pasiaki więzienne. Do jednej z najprzyjemniejszych chwil można było zaliczyć ten moment, kiedy dwaj żołnierze podeszli do naszego ogniska i nieśmiało spytali czy jesteśmy Polki. Gdy odpowiedziałyśmy, że tak, wtedy jeden z nich powiedział: "do was wolność już się uśmiecha, a przed nami co?!" Przy ognisku zapanowało milczenie. Tej nocy coraz głośniej słychać było strzały. Kto się bije i z kim? Czas dał nam na to pytanie odpowiedź. Ujrzałyśmy wychylające się z lasu czołgi. Sunęły prosto w naszym kierunku, ale jakieś inne, nie niemieckie. Z piersi wyrywa się radosny okrzyk: "Rosjanie"! Tego samego dnia skierowałyśmy się na Wschód. "Idziem do Ciebie Polsko. Matko nasza" - przychodziły nam na myśl słowa poetki. Podróż trwała prawie miesiąc i stanęłyśmy wreszcie u wrót Ojczyzny. Nareszcie po tylu, tylu latach!
Teraz dopiero zrozumiałam, w jak ciężkiej jestem sytuacji. Całą byłam jeszcze niezdecydowana, dokąd się udać i jaką wybrać drogę, bo przecież ja muszę jak najprędzej zacząć się uczyć! Tym bardziej teraz, gdy jestem sama. Bo czy odnajdę mamusię? Lecz gdzie się udać? Kogo prosić o pomoc i wiedzę? Z moimi profesorkami z Ravensbrück los mnie rozdzielił. Większość wyjechała do Szwecji, tylko pani Helena Salska i pani Maria Milewska były z nami ewakuowane, lecz i one w czasie podróży zginęły. Zostałyśmy tylko dwie z całego grona.
Po krótkim namyśle wybrałam kierunek na Sierpc. Dnia 24 maja przyjechałam do Sierpca, dzień był pochmurny i padał deszcz. Nie weselej było w mojej duszy. Jestem zupełnie sama, bez grosza, bez opieki. Ale już na dworcu pomyślałam, że przecież w Sierpcu jest gimnazjum. Tyle dobrego doznałam od nauczycielek w obozie. Może i w gimnazjum sierpeckim są osoby podobne tamtym? Prosto z dworca udałam się do szkoły. Z wielką nieśmiałością i przez łzy zapytałam p. Dyrektorki, czy będę się jeszcze mogła uczyć? Pani Dyrektorka uśmiechnęła się do mnie i wyraziła wielkie zdziwienie. Jak to, polskie dziecko nie będzie się mogło w polskiej szkole uczyć? Opowiedziałam swoją sytuację. Pani Dyrektorka była wzruszona i natychmiast zwróciła się do grona nauczycielskiego z pytaniem: A może wzięlibyśmy ją na córkę szkoły? Nie tylko zostałam przyjęta do gimnazjum, ale pani Dyrektorka umieściła mnie w swoim mieszkaniu i razem z całym gronem zatroszczyła się o wszystkie moje potrzeby, otoczyła opieką macierzyńską i otworzyła mi wrota szkolne. Z chwilą kiedy przestąpiłam progi domu mojej kochanej Wychowawczyni, poczułam się jak w zacisznej, wygodnej przystani, w której niespodzianie znalazłam się po szalonych burzach życia. W pierwszych dniach byłam zupełnie zdezorientowana, czy to rzeczywiście ja! I czy to moje życie? W klasie II b, do której byłam przydzielona, przyjęto mnie bardzo serdecznie. I oto jestem w Polsce, w polskiej szkole, wśród swoich, życzliwych i bliskich, a woń dymów krematoryjnych, odgłosy strzałów i widma "króliczek" coraz rzadziej mię nawiedzają, chociaż - "jeśli zapomnę o nich - Ty Boże, na niebie zapomnij o mnie".
Sierpc, dnia 12.VII-45
Stasia Bukowska, klasa II b
Od redakcji
Te wstrząsające wspomnienia napisało dziecko… Dokument spisany 12 lipca 1945 roku przez kilkunastoletnią Stasię Bukowską, stanowi bezcenne i autentyczne świadectwo historyczne martyrologii wojennej, obozowego doświadczenia z perspektywy dziecka oraz pierwszych tygodni po zakończeniu wojny. Relacja ta oddaje osobisty dramat dziewczynki, autentyczne realia funkcjonowania obozu koncentracyjnego i powojenną tułaczkę.
Stasia jest nastolatką (jak wynika z tekstu, na początku wojny ma 12 lat) i trafia wraz z mamą do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrücku w Niemczech. Dlaczego akurat tam? Nie wiadomo. Według danych Instytutu Pamięci Narodowej Polki stanowiły jedną z największych grup narodowościowych w obozie. W sumie przebywało w nim ok. 120 tysięcy kobiet i dzieci z 30 krajów. Najwięcej było polskich więźniarek, około 40 tysięcy. Nazywane były one w obozie "króliczkami", ze względu na przeprowadzane na nich eksperymenty medyczne. Do Ravensbrück trafiały więźniarki polityczne z dystryktów Generalnego Gubernatorstwa, a także kobiety aresztowane w ramach akcji represyjnych.
W obozie koncentracyjnym w Ravensbrück na bezprecedensową skalę rozwinęła się konspiracyjna edukacja. Tajne nauczanie było formą walki wewnętrznej przed zatraceniem i upodleniem ze strony oprawców. Jak potwierdzają liczne wspomnienia i książkowe opracowania, głód wiedzy w obozie odczuwało wiele kobiet, które w sposób nagły, a często dramatyczny zostały wyrwane z dotychczasowego życia. Wyjątkowo silnie pragnęły uczyć się dziewczęta w wieku szkolnym. Szukały w sobie i wokół siebie ratunku i wtedy wyszły im naprzeciw nauczycielki, również ogarnięte silnym pragnieniem stworzenia życia intelektualnego i służenia własną wiedzą młodym. Większość nazwisk wymienionych przez Stasię Bukowską należy do autentycznych postaci historycznych, choć w tekście pojawiają się błędy w ich zapisie, wynikające z zapamiętania ich przez dziecko wyłącznie ze słyszenia. Nazwiska te wymagały wprowadzenia do tekstu redakcyjnych poprawek, co zostało zaznaczone.
Dla młodych dziewcząt zdobywanie wiedzy stało się wówczas najskuteczniejszą formą psychicznego oporu oraz ratunkiem przed obozową dehumanizacją. Wiele z wymienionych w tekście wspomnień nauczycielek stanowiło filary obozowej konspiracji oświatowej, ryzykując życie dla młodszych więźniarek. Poniżej zweryfikowane nazwiska kobiet, które wymienia Stasia Bukowska. Ich biografie ściśle odpowiadają opisywanym wydarzeniom.
- Janina Peretjatkowicz - nauczycielka geografii i jedna z głównych organizatorek tajnego nauczania w obozie
- Wanda Madlerowa - biolożka z Lublina i więźniarka poddawana okrutnym eksperymentom medycznym
- Helena Salska - nauczycielka osadzona w 1939 roku, silnie zaangażowana w edukację i obozowe życie artystyczne
- Maria Milewska - pedagog prowadząca z narażeniem życia konspiracyjne lekcje matematyki
- Julia Szartowska - polonistka organizująca w obozie tajne komplety z literatury pięknej
- Kazimiera Chrobakowa - nauczycielka aktywnie wspierająca edukację i współautorka powojennych wspomnień, które znalazły się w publikacji: "Serca niezagasłe: wspomnienia więźniarek z Ravensbrück" pod red. Bożenny Wodzińskiej, Warszawa 1975
- Maria Rylke - nauczycielka geografii, zmarła w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück w 1945 r.
Stasia Bukowska wymienia też nazwiska swoich koleżanek, z którymi pobierała tajne lekcje. Niektóre z nich udało się zidentyfikować i są to harcerki i działaczki ruchu oporu, które po wojnie dbały o pamięć pomordowanych, jak np.:
- Barbara Pietrzyk - harcerka, najmłodsza ofiara eksperymentów, operowana w wieku zaledwie 16 lat
- Stanisława Śledziejowska-Osiczko - harcerka, poddawana eksperymentom, po wojnie przypominająca o obozowych zbrodniach
- Halina Bartyńska-Korczak - więźniarka przewieziona do Ravensbrück w kwietniu 1944 roku z obozu koncentracyjnego na Majdanku
Udało się także ustalić dane wymienionych przez autorkę wspomnień obozowych więźniarek, tzw. funkcyjnych (w tym przypadku izbowych, które pełniły nadzór nad jedną izbą - salą sypialną w bloku mieszkalnym):
- Maria Poniatowska - działaczka konspiracyjna i obozowa izbowa, aktywnie chroniąca osłabione więźniarki
- Stanisława Schöneman-Łuniewska - duch opiekuńczy obozu, pełna ofiarności i życzliwości, narażała się dla więźniarek poprzez organizowanie leków, wyciąganie kobiet z kolumn przeznaczonych do gazowania. Była matką dla młodocianych, opiekunką dla chorych i nieszczęśliwych
Wspomnienia o wyżej wymienionych kobietach odnaleźć można m.in. w książkach:
Urszula Wińska "Zwyciężyły wartości: wspomnienia z Ravensbrück", Gdańsk 1985 "Serca niezagasłe: wspomnienia więźniarek z Ravensbrück" pod red. Bożenny Wodzińskiej, Warszawa 1975.
Użyta w tekście nazwa Braniborze słowiańskie, odnosi się do miejscowości Brenna (niem. Brandenburg), jej historyczna nazwa to Branibór (Branibórz), w którym znajdowała się słowiańska twierdza, centralny gród plemienia Stodoran.
Opisana ewakuacja obozu w kwietniu 1945 roku to świadectwo brutalnego "marszu śmierci", podczas którego osłabione więźniarki rutynowo zabijano po drodze. Autorka oddała absurd tamtych dni, gdy wycieńczone ofiary były pędzone na zachód przez uciekających oprawców, oddalając się od zbliżającego się wyzwolenia. Oswobodzenie przez wojska radzieckie oraz miesięczna tułaczka unaoczniają dramat tysięcy osób wracających do zrujnowanej ojczyzny bez rodziny i majątku. Dziewczynkę dodatkowo spotyka koszmar rozłąki z matką. Nie wiadomo, czy matka Stasi przeżyła i czy się spotkały.
Zaskakujący jest przyjazd Stasi do Sierpca. Z tekstu wynika, że musiała miasto znać, wiedziała, że jest w nim gimnazjum. Czy przyjazd do Sierpca oznaczał, że dziewczynka właśnie stąd pochodziła? Czy mogła kojarzyć miasto z wcześniejszych wizyt, na przykład u kogoś z rodziny? Na te pytania na ten mement nie znam odpowiedzi, niemniej finał historii Stasi rozgrywa się w Sierpcu, gdzie osamotniona wojenna sierota odruchowo szuka ratunku i oparcia w placówce szkolnej. Decyzja Zofii Gałęskiej - dyrektor Gimnazjum Powiatowej Rady Narodowej w Sierpcu (kontynuującego tradycje przedwojennego Gimnazjum Koedukacyjnego, od 1948 roku Liceum Ogólnokształcącego) o bezinteresownym przyjęciu dziewczynki jako "córki szkoły" ukazuje ogromną rolę polskiej oświaty i grona nauczycielskiego, by natychmiast po latach okupacji przystąpić do opieki nad straumatyzowanym i osieroconym pokoleniem. Wybór polskiego gimnazjum jest bezpośrednią konsekwencją obozowych doświadczeń dziecka. Skoro w ekstremalnie nieludzkich warunkach Ravensbrück polskie nauczycielki potrafiły zorganizować szkołę, podtrzymać na duchu i stwarzyć dziewczynkom bezpieczny mikroświat, Stasia wyciąga logiczny z perspektywy dziecka wniosek, że tam, gdzie są nauczyciele, tam musi być dobro. Cytat z tekstu: "Może i w gimnazjum sierpeckim są osoby podobne tamtym?" doskonale ukazuje mechanizm psychologicznego przeniesienia - dziewczynka poszukuje substytutu straconych w marszu śmierci opiekunek, nauczycielek, widząc w zawodzie pedagoga kogoś w rodzaju wybawcy.
Niniejsze wspomnienia pierwotnie ukazały się w "Jednodniówce gimnazjum i liceum sierpeckiego 1945-1946", która w kilku (?) egzemplarzach, w formie maszynopisu, ukazała się w Sierpcu, w 1946 roku, jako praca zbiorowa społeczności szkolnej. W Sierpcu, za sprawą Państwa Huras, zachował się prawdopodobnie jedyny egzemplarz tego unikatowego dokumentu. Z racji tego, że jest on bardzo zniszczony, momentami mało czytelny, uznałam, że najlepszą formą ocalenia zawartych w nim treści i przedstawienia ich "światu", będzie niniejszy dział "Wspomnienia Sierpczan".
STANISŁAWA BUKOWSKA - urodzona 14 września 1926 r.
O Stanisławie Bukowskiej niestety nie udało się ustalić więcej informacji, stąd prośba, do Państwa, jeśli znacie jej dalsze losy, prosimy o kontakt z redakcją: info@sierpc.com.pl lub przez Messengera Sierpc OnLine.
Magdalena Staniszewska
Komentarze do artykułu: brak komentarzy