logo Sierpc online

Newsy | Ogłoszenia | Forum Dyskusyjne | Księga pozdrowień | Hyde Park Zaloguj się | Rejestracja

Co proponujemy:
O mieście
Historia
Kultura
Zabytki
Informator
Sport
Sierpeckie linki
Galeria zdjęć
Archiwum
Strona główna




Newsy Sierpc online
Komentarze | Dodaj własny komentarz Newsy Sierpc online

Stefania Głuchowska: Pierwszy rok mojej pracy

2026-03-28

Stefania Stawicka z koleżanką Elżbietą Zbrzeźną, z którą pracowała w Szkole Podstawowej w Klarach w latach 50. XX wieku.
Stefania Stawicka z koleżanką Elżbietą Zbrzeźną, z którą pracowała w Szkole Podstawowej w Klarach w latach 50. XX wieku.

Stefania Stawicka (siedzi w drugim rzędzie, trzecia od prawej) z gronem nauczycielskim i uczniami Szkoły Podstawowej w Klarach, lata 50. XX wieku.
Stefania Stawicka (siedzi w drugim rzędzie, trzecia od prawej) z gronem nauczycielskim i uczniami Szkoły Podstawowej w Klarach, lata 50. XX wieku.

Stefania Stawicka (siedzi druga od prawej) z nauczycielami i uczniami Szkoły Podstawowej w Klarach, lata 50. XX wieku.
Stefania Stawicka (siedzi druga od prawej) z nauczycielami i uczniami Szkoły Podstawowej w Klarach, lata 50. XX wieku.

Sentymentalny powrót Stefanii Głuchowskiej (z domu Stawickiej) do Klar w 1998 roku.
Sentymentalny powrót Stefanii Głuchowskiej (z domu Stawickiej) do Klar w 1998 roku.

Stefania Głuchowska po latach ponownie przed gmachem szkoły w Klarach, 1998 r.
Stefania Głuchowska po latach ponownie przed gmachem szkoły w Klarach, 1998 r.

Stefania Głuchowska w 1998 roku przed niszczejącym gmachem Szkoły Podstawowej w Klarach, którą tworzyła od podstaw w latach 50. XX w., gdy trafiła tu do swojej pierwszej pracy.
Stefania Głuchowska w 1998 roku przed niszczejącym gmachem Szkoły Podstawowej w Klarach, którą tworzyła od podstaw w latach 50. XX w., gdy trafiła tu do swojej pierwszej pracy.

Smutna konfrontacja wspomnień i współczesności... W 1998 r. Stefania Głuchowska po kilku dekadach ponownie odwiedziła Klary i budynek szkoły, w której uczyła w latach 50.
Smutna konfrontacja wspomnień i współcze­sności... W 1998 r. Stefania Głuchowska po kilku dekadach ponownie odwiedziła Klary i budynek szkoły, w której uczyła w latach 50.

Stefania Głuchowska podczas rozmowy z potomkami swoich uczniów z Klar, marzec 1998 r.
Stefania Głuchowska podczas rozmowy z potomkami swoich uczniów z Klar, marzec 1998 r.

Stefania Głuchowska po prawie pół wieku ponownie przed gmachem szkoły w Klarach, 1998 r.
Stefania Głuchowska po prawie pół wieku ponownie przed gmachem szkoły w Klarach, 1998 r.

Stefania Głuchowska na jednej z ulic Gruduska, 1998 r.
Stefania Głuchowska na jednej z ulic Gruduska, 1998 r.

Stefania Głuchowska w rozmowie z mieszkanką Gruduska, 1998 r.
Stefania Głuchowska w rozmowie z mieszkanką Gruduska, 1998 r.

Stefania Głuchowska przed dworkiem w Szulmierzu, 1998 r.
Stefania Głuchowska przed dworkiem w Szulmierzu, 1998 r.

Stefania Głuchowska przy Szkole Podstawowej nr 1 w Sierpcu przy ul. Braci Tułodzieckich (obecnie w budynku swoją siedzibę ma SP nr 2), 1998 r.
Stefania Głuchowska przy Szkole Podstawowej nr 1 w Sierpcu przy ul. Braci Tułodzieckich (obecnie w budynku swoją siedzibę ma SP nr 2), 1998 r.

Stefania Głuchowska przy Szkole Podstawowej nr 3 w Sierpcu przy ul. Konstytucji 3 Maja, w której w l. 1975-1984 była zastępcą dyrektora. Fot. 1998 r.
Stefania Głuchowska przy Szkole Podstawowej nr 3 w Sierpcu przy ul. Konstytucji 3 Maja, w której w l. 1975-1984 była zastępcą dyrektora. Fot. 1998 r.

Jaką pójść drogą? To pytanie każdego młodego człowieka. I to pytanie stawiałam sobie ja. Od najmłodszych lat mieszkałam w Sierpcu i od najmłodszych lat interesowała mnie szkoła. Moi wspaniali nauczyciele (p. Stanisław Kopyro i p. Jadwiga Kołodziejska) utrwalali we mnie przekonanie, że nauczycielka - to zawód dla mnie. Okrucieństwo wojny i świadomość, jak wielu zginęło nauczycieli, przekonało mnie, że w tym kierunku powinnam pójść.

Maturę zdałam 24 maja 1951 roku w Liceum Pedagogicznym w Płocku. Studniówkę przetańczyłam 3 lutego. Podczas uroczystego zakończenia roku oficjalnie pożegnaliśmy się ze szkołą, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, ale matury i nakazy pracy dostaliśmy w sekretariacie dopiero na początku wakacji.

Ponieważ byłam członkinią szkolnego chóru, prowadzonego przez doskonałego profesora Jana Górzyńskiego, cały lipiec przebywałam na obozie przedfe­stiwalowym w Warszawie, a w sierpniu uczestniczyłam w III Światowym Zlocie Młodzieży w Berlinie, nie mogłam dokonać żadnego wyboru placówki.

Z festiwalu bezpośrednio pojechałam na konferencję sierpniową, spóźniona o jeden dzień. Nakaz pracy otrzymałam do powiatu ciechanowskie­go, chociaż prosiłam o płocki lub sierpecki.
Gdy wysiadłam z pociągu w Ciechanowie, nogi wrosły mi w ziemię. Tu bagno, tu kawałek łąki, mury starego zamczyska, a gdzieś na górce - parę domków. Po jakimś półgodzinnym marszu dotarłam do szkoły, gdzie odbywała się konferencja. Odszukałam mojego kierownika i pojechałam obejrzeć otrzymaną placówkę. Jechaliśmy ciężarówką, która nosiła miano autobusu. I tu nowe rozczarowanie. Szkoła drewniana, zbudowana na zrąb z nieheblowanych bali, obok barak - mieszkania nauczycie­lskie, a wokoło pustka, jedna wielka pustka. Tylko świadomość, po co tu przybyłam, powstrzymywała mnie od łez.

Szkoła w Klarach

Moja wymarzona pierwsza posada nazywała się - Klary, 16 km od Ciechanowa. W odległości około 0,5 km, w zmurszałym dworku po drugiej stronie szosy, znajdowała się spółdzielnia produkcyjna. W obrębie 1,5-2 km w polu były wioski - Przywilcz, Stryjewko, Stryjewo, Łysakowo, Leśniewo - stanowiły nasz obwód szkolny. Gminna wieś - Grudusk była oddalona o 6 km.

Szkoła w Klarach, kierowana przez p. Jana Kruszyńskiego była 7-klasowa, do tego troje początkujących nauczycieli (ja, Stefania Stawicka z liceum płockiego, Elżbieta Zbrzeźna - z pułtuskiego i Włodzimierz Dębski z ciechanowskie­go). Tak stanowiliśmy całą radę pedagogiczną.

Po obejrzeniu placówki z ciężkim sercem wracałam do domu. Próbowałam prosić inspektora o miejscowość położoną bliżej Ciechanowa i o ile możliwe po drodze do Sierpca. Niestety! Zapakowałam zatem niezbędne rzeczy (łóżko żelazne, pościel, siennik, garnki, lampę naftową itp.), nadałam na bagaż i przyjechałam do Ciechanowa. Kierownik czekał na mnie z podwodą. Wlekliśmy się długo furą w jednego konia, a ja nie śmiałam podnieść oczu na ludzi, na miasto - tak byłam zawiedziona.

Rok szkolny rozpoczęliśmy we troje, bo koleżanka przyjechała spóźniona o dwa tygodnie. Chciała się w ogóle wycofać z zawodu i pójść na studia, ale nakaz pracy - "rzecz święta". Zamieszkaliśmy razem w pokoju z kuchnią, kolega miał oddzielny pokój z naszego korytarza, a kierownik z rodziną zajmował takie samo mieszkanie przez ścianę obok. Zaczęliśmy się urządzać. Miałam łóżko i walizkę, która służyła mi za nocną szafkę. Firankę przywiozłam z Berlina, a centralną ścianę zajmowała moja lampa naftowa. Koleżanka urządziła sobie posłanie ze skrzyni po szkle, którą ustawiłyśmy na cegłach. Kierownik z dobrego serca pożyczył nam jakiś stolik i dwa krzesła, a w kuchni umieściliśmy szkolną ławkę z pulpitem, długą na sześć osób (pochodzącą z zamierzchłych czasów), która służyła nam za kredens, i tak rozpoczęliśmy naszą egzystencję.

Szkoła liczyła 170 uczniów. Byłam wychowawczynią kl. II i V, uczyłam języka polskiego, "nauki o Polsce" (kl. VII), śpiewu, prac ręcznych oraz w całej szkole języka rosyjskiego, bo nikt inny nie znał tego języka. (Tyle umiałam, ile mogłam nauczyć się w ciągu 3 lat w liceum, bo w szkole podstawowej uczyłam się francuskiego także przez 3 lata). Wszystkie klasy zaczęły od podstaw z podręcznika dla klasy V, bo wcześniej żadnego obcego języka nikt tu nie uczył. Jako zajęcie dodatkowe otrzymałam harcerstwo, chociaż wolałabym bibliotekę (500 książek). Nigdy sama nie byłam harcerką i bieganie po lasach czy polach w podchody nie sprawiało mi przyjemności. Najtrudniejsze było ściągnąć te dzieci na zbiórki, bo rodzice zatrzymywali je do pracy w gospodarstwie. Ponieważ kochałam muzykę, uwielbiałam śpiewanie. Moją drużynę prowadziłam pod kątem zainteresowań artystycznych. Nauczyłam dziewczęta tańców ludowych i piosenek śpiewanych przeze mnie w chórze. Na półrocze dzieci wystąpiły przed rodzicami, a na koniec roku w szkole gminnej. Chłopcy recytowali okolicznościowe wiersze. Bardzo brakowało mi radia i w ogóle jakichś wiadomości ze świata. Kiedy kierownik pożyczył mi swojego aparatu na akumulator (na 3 dni), słuchałam długo po północy aż Elżbieta mi zgasiła. Brak radia zastępowałam własnym śpiewem. Siadałam na oknie, przez które zaglądało zboże i śpiewałam. Nawet Ela polubiła te występy "sobie a muzom".

Problemem było wszystko: chodzenie z butelką po naftę (1,5 km najbliżej), po chleb, po mleko. Jeśli jechałyśmy po lekcjach do sklepu masarskiego do Gruduska (6 km), najczęściej nic nie było, a wracać trzeba było pieszo, bo autobus jechał tylko w jedną stronę. Gdyby nie paczki z domu, nie wiem, jak byśmy się wyżywiły.

Miałam dużo czasu, z którym nie było co robić, bo koleżanka na niedzielę często wyjeżdżała do Pułtuska rowerem, a kolega pochodził z sąsiedniej wsi (5 km). Przeczytałam wszystkie książki w bibliotece, których nie znałam. Ciągle robiłam jakieś sprawdziany z języka polskiego i rosyjskiego, ze znajomości nut. Urozmaicałam lekcje, pisałam konspekty (chociaż nie były obowiązkowe), wykonywałam drobne pomoce szkolne, bo oprócz kredy i tablicy, mapy, ekierki, kątomierza, cyrkla, linii, pod ręką nic nie było. Kierownik miał coś do fizyki w szafie, ale też niewiele. Wszystkie doświadczenia zdobyte w "Szkole Ćwiczeń" wcielałam w życie. Traktowałam moją pracę jako misję - "nieść oświatę pod strzechy" po zaniedbaniach wojennych, których także zaznałam, nie ucząc się podczas okupacji z powodu likwidacji szkół dla Polaków i obowiązkowej pracy fizycznej, chociaż było się tylko dzieckiem.

Dekorację w klasie miałam bogatą. Według miejscowej tradycji sufit, a także okna zasłany były bibułkowym pająkiem. Na centralnej ścianie dekoracja obrazowała plan 6-letni i sojusz robotniczo-chłopski. Wówczas wisiał jeszcze powyżej krzyż, a pod nim Godło. Dzieci zaczynały i kończyły lekcje krótką modlitwą. Wystrój klasy podobał się kierownikowi, tylko niepokoiły go barwy papieskie (jak się wyraził). Ja z kolei nie znałam barw papieskich. Wykorzystałam takie bibułki, jakie były. Kierownik darzył mnie zaufaniem. Kiedy zdawał maturę pedagogiczną, powierzył mi kierownictwo, a ja skrupulatnie wypełniałam obowiązki, wprawdzie "z duszą na ramieniu", bo wiedziałam, że daleko mi do doskonałości.

Atmosfera w szkole panowała miła, mimo że wszyscy niedawno byliśmy sobie obcy i nieznajomi. Polecenia kierownika wypełnialiśmy bez zastrzeżeń (miał 42 lata), ale czasami buntowaliśmy się na comiesięczne uczestniczenie w zebraniach spółdzielni produkcyjnej, gdzie nie o produkcji była dyskusja, ale różnego rodzaju pretensje wyciągano, które mnie nie interesowały. Uważałam za wielką niesprawie­dliwość wykorzystywanie uczniów do prac przy wykopkach ziemniaków w spółdzielni podczas ostatnich lekcji, np. moich z jęz. rosyjskiego, podczas gdy nie wolno było nam usprawie­dliwiać nieobecności ucznia z powodu wykopków we własnym gospodarstwie.

Prowadzone były akcje zbiórki makulatury i złomu. Tu przeżyliśmy koszmar. Jednego ranka zbudził nas kierownik, żebyśmy natychmiast przyszli, bo nie może sobie dać rady. Gdy wyskoczyliśmy przed barak, stanęliśmy jak wryci. Przed szkołą leżała ogromna sterta pocisków różnej wielkości, jakich ja do tej pory na oczy nie widziałam. Kierownik odpędzał otaczające złomowisko dzieci. Pobiegł do spółdzielni, żeby zawiadomić telefonicznie milicję, a my pilnowaliśmy dzieci przynoszące jakieś odłamki. Kiedy byliśmy już w klasie, milicja czy wojsko te niewypały zabrało.

Wzdłuż szosy rósł pas zieleni, tworzący śniegochrony. Jednego razu odkryłam tam rosnące grzyby (kozaki i pociechy). Za wiedzą kierownika, na ostatniej lekcji rysunków, śpiewu i w-f z klasami I, II i III ruszyliśmy na grzyby. Nikt nie miał koszyka, bo to były lekcje poświęcone marszowi ze śpiewem oraz obserwacji drzew, krajobrazów itp. Dzieci każdy znaleziony grzyb przynosiły swojej pani czy panu. Mieliśmy pełne naręcza.

W tym czasie przyjechał ktoś z inspektoratu, proponując mi funkcję instruktora harcerskiego. Oczywiście odmówiłam, chociaż kusząca była propozycja zamieszkania w mieście, ale nie czułam się odpowiednią osobą w nowej funkcji. Żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, daliśmy urzędnikowi i kierownikowi po 15 grzybów. Potem było obieranie, smażenie i jedzenie. Jedliśmy we troje, wzajemnie się zachęcając, a resztę nazajutrz wyrzuciliśmy. 

Do miłych wydarzeń należało jechanie po pensję na pierwszego do szkoły gminnej. Etat nauczycielski wynosił 30 godzin (miałam 3 godziny nadliczbowe), wychowawstwo płatne było 6 zł, a cała pensja - 450 zł. Oszczędzałam cały rok, żeby kupić sobie nowe buty i palto w Warszawie. Lubiliśmy te spotkania w gminnej szkole, bo poznawało się nowych ludzi. Do dziś pamiętam niektóre nazwiska: pp. Dmowscy, p. Irena Andrychowska, p. Tomek, p. Henryk Malicki. Niestety nie pamiętam nazwiska kierownika szkoły. Uczestniczyliśmy tu w zebraniach, odczytach. Problemem był zawsze powrót. Koleżanka kupiła rower, więc brała mnie czasem na ramę, innym razem wiózł mnie kierownik. Szosa pagórkowata sprawiała trochę kłopotu. Nieje­dnokrotnie wywróciłam się w topniejącym śniegu czy na oblodzonej szosie, kiedy jechałam na pożyczonym rowerze.

Staraliśmy się upiększać, wzbogacać szarość życia i niwelować pustkę, jaka wkradała się w każdy zwykły dzień. Szkoły czasami urządzały zabawy taneczne dla społeczeństwa. Na zaproszenie organizatorów uczestniczyłam w dwóch balach. Na jeden pojechaliśmy furką (dziś już nie pamiętam nazwy szkoły). Ta wiejska muzyka długo jeszcze brzmiała mi w uszach. Była to pewnego rodzaju odskocznia w szarości dnia codziennego.

Nadeszła zima. Zasypało barak do połowy okien. Kierownik, który wstawał raniej, odkopywał nam drzwi i ścieżkę do szkoły. Problem był z wodą, bo trzeba było iść co najmniej 250-300 metrów do pompy pod spółdzielnię i kopać w śniegu po kolana. Woda była "na wagę złota". WC pod laskiem też było problemem i dla dzieci i dla nas. Zimą mieszkaliśmy tylko w kuchni, przemeblowując "apartament", gdzie paliliśmy ogień cały dzień.

Niemiłą przygodę miałam z moim berlińskim zegarkiem. Kiedy w pokoju nauczycielskim przepychaliśmy się o miejsce przy piecu, zepsuł mi się zegarek. Bez zegarka nie umiałam gospodarować czasem na lekcji. Do Ciechanowa trzeba było jechać "okazją" po lekcjach, odszukać zegarmistrza i wracać autobusem. W taki sposób niekiedy jeździliśmy, żeby zobaczyć ludzi, sklepy, ruch, życie. W czasie jednej takiej wyprawy zapisałam się do Związku Nauczycielstwa Polskiego (1952 r.).

Na ferie wyjechaliśmy do domu i mogłam odetchnąć pełną piersią. Sierpc nie jest metropolią, ale wówczas wydawał mi się ciekawszym miastem niż Ciechanów. Dziś patrzę z podziwem, jak wiele zyskał Ciechanów przez lata, kiedy stał się województwem. Wiosną naprzykrzałyśmy się inspektorowi, błagając o przeniesienie. Niestety nie było wolnego miejsca we wsiach przez nas wskazanych. Kiedy już zdecydowałam się zostać i rozpocząć studia zaoczne w Warszawie (kierownik obiecał podwodę), zjawił się absolwent ciechanowskiego liceum z prośbą o zamianę, bo miał nakaz pracy do Borkowa k/Sierpca. Nie przepuściłam okazji i wróciłam do rodzinnego miasta, gdzie pracowałam w Szkole Podstawowej nr 1, nr 2 i nr 3 - w sumie 35 lat.

Zanim jednak opuściłam Klary, życie toczyło się nadal monotonnie, przeplatane różnymi wydarzeniami. W Grudusku raz w miesiącu kino objazdowe wyświetlało filmy w baraku służącym za salę rekreacyjną. Ponieważ brakowało mi tego typu rozrywki, skorzystałyśmy raz z zaproszenia spółdzielni i pojechałyśmy na film saniami.

Praca w niewielkiej wiejskiej szkole nie była uciążliwa, ale były jeszcze dodatkowe funkcje bezpłatne. Kiedy odbywał się spis ludności, byliśmy zatrudnieni przez kilka godzin dziennie po lekcjach. Czasem było zabawne, jak rodzice nie mogli doliczyć się, które z ich dzieci starsze, a które młodsze, kiedy było ich kilkoro. Wygłaszaliśmy też we wsiach odczyty na różne tematy. Kiedy mówiłam na temat oświaty, sławiąc obecne możliwości kształcenia, jakiś wieśniak zapytał: "Skąd pani wie, jak było przed wojną, skoro pani taka młoda?".

Jest powiedzenie, że "wiedzy nigdy za dużo", a więc w ramach ZOZ-u (Zakładowa Organizacja Związkowa) i MOZ-u dokształcaliśmy się w naukach marksistowsko-le­ninowskich razem z nauczycielami z Humięcina (5 km - pieszo), gdzie zdawaliśmy trzy kolokwia i egzamin państwowy z ww. nauk.

Mimo trudnych warunków bytowania życie niepozbawione było też uroku i różnych zabawnych sytuacji. Chciałyśmy p. kierownikową (27 lat) zaskoczyć naszymi, a właściwie Elżbiety, umiejętnościami kulinarnymi i postanowiłyśmy usmażyć pączki. Ja oczywiście obsypywałam pudrem. Nagle usłyszałam jakieś stuknięcie i zaczęłam wyglądać przez okno, co się tam dzieje. Koleżanka oburzona moim nieróbstwem zwróciła mi uwagę, a na moje tłumaczenie odpowiedziała: "Nikt nie stukał, tylko pączek na podłogę spadł!" Kiedyś późną porą ktoś gwałtownie rzeczywiście zastukał w nasze drzwi. Przeraziłyśmy się najpierw, ale potem, uzbroiwszy się w coś, co było pod ręką, ruszyłyśmy pytać - kto puka. Okazało się, że małżeństwo nauczycielskie z Ciechanowa z 2-letnim dzieckiem przyjechało na wieś coś kupić do chowu i nie mieli czym wrócić. Prosili o nocleg. Popatrzyłyśmy na siebie. Ja oddałam moje łóżko, a sama położyłam się z Elżbietą w jej skrzyni. Bałam się, żeby cegły się nie przewróciły. Nie mogłyśmy się zmieścić, więc na komendę przewracałyśmy się równocześnie na bok - lewy lub prawy. Ta noc była koszmarnie długa. Poszerzyłyśmy nasze znajomości i odwiedziłyśmy ww. rodzinę w Ciechanowie. Dziś nie pamiętam już nazwiska.

Przed wakacjami, kiedy dzień stał się długi, urozmaicaliśmy sobie godziny przedwieczorne grą w siatkówkę, czasem tylko we czworo, a niekiedy drużynę powiększali instruktorzy przybyli do spółdzielni na zebranie.

Ponieważ turystyka jest obok muzyki moją pasją, zorganizowaliśmy dla dzieci z kierownikiem wycieczkę do Warszawy. Park Łazienkowski, Stare Miasto, Trasa W-Z, ruiny Zamku Królewskiego i Katedra św. Jana oraz kościół św. Krzyża z sercem Chopina - to główne obiekty, które mieliśmy zwiedzić. W Warszawie byłam nieje­dnokrotnie z chórem na eliminacjach jako uczennica, a wcześniej na szkolnej wycieczce w 1948 roku, gdzie dookoła było jeszcze "cmentarzysko ruin", a więc orientowałam się w przestrzeni.

W Łysakowie był kościół (2 km). W każdą niedzielę widać było, jak koło szkoły grupami podążali ludzie na nabożeństwo. Na zaproszenie naszego księdza uczącego wówczas religii, byłam bodajże trzykrotnie w kościele. Szło się zupełnie pustym polem i chociaż odległość była niewielka, droga dłużyła się ogromnie. Żeby zagospodarować ten wolny czas, którego ciągle miałam w nadmiarze i zagłuszyć tęsknotę, pisałam dużo listów albo dla odmiany haftowałam. Każde pojawienie się listonosza witałam z radością jako zwiastuna jakichś nowin. Do dziś utrzymuję kontakt z koleżankami z liceum, a połączył nas pokoik internacki na strychu i chór. Organizujemy minizjazdy, żeby jeszcze raz przeżyć to, co było, a co już bezpowrotne - młodość, radość, zapał. Szkolna przyjaźń przetrwała wszystkie próby czasu, tylko z Elżbietą kontakt się urwał.

Mimo, że w Klarach nie było mi dobrze, wspominam ten rok z pewnym sentymentem. Byliśmy młodzi i smutek mieszał się z radością. Niewygody życia pokonywaliśmy żartem i wesołością. Nawet dziś, kiedy jestem 14 rok na emeryturze, nie widzę siebie nigdzie, jak tylko w klasie z dziećmi, ewentualnie w bibliotece. Mile wspominam tę moją pierwszą posadę.

Chciałabym spojrzeć raz jeszcze na tę pierwszą placówkę po 47 latach, porozmawiać z ludźmi, którzy przestali być już dziećmi. Pamiętam do dziś nazwiska: Jadzia i Teresa Sosnowskie ze Stryjewka (kl. V i VII), Eugeniusz Makijonko, Lambert, Pepłoński, Zielaziński (kl. VII), Sokołowski (kl. V), Amenda, mała Jadzia Zembrzuska (kl. II), której na pauzie dyktowałam różne trudne słowa, a ona pisała bez błędu. Teresa S. była najlepszą uczennicą w szkole i bardzo dobrze nauczyła się też języka rosyjskiego. Miło mi było, gdy przesłała mi do Sierpca przez kogoś pozdrowienia.

Cóż mogę dać dziś tym ludziom? Złożyć podziękowanie za życzliwość, jaką nas darzyli i zadedykować mój wiersz napisany jako wspomnienie tamtych lat.


"Pierwsza posada"
Klary -
skrawek ciechanowskiej ziemi daleki,
a jednak sercu bliski...
Tutaj młodość przyniosłam, książki i walizki,
i zapał, i dziewczęce marzenia...
Tutaj wyśpiewałam wszystkie młodzieńcze tęsknoty.
Kołysały się za oknem żytnie i pszeniczne łany,
przetykane szafirem i czerwienią maków.
Głos leciał wysoko ku niebiosom,
ku falującym pagórkom,
... a echo mieszało się z zapachem igliwia.
I szumiały sosny polską mową,
którą przybyłam tu krzewić.
I nieść "kaganek oświaty pod strzechy",
by wcielać w życie pragnienie poety.
Lecz smutek, nostalgia mnie stamtąd wygnała.
Do rodzinnego miasta samotnie wracałam.
I wspominałam czasem jesienne grzyby
przy szosie w leszczynie.
I autobus, z którego nikt nie wysiadał.
I lampę naftową, i krąg światła w izbie.
I tę pustkę daleką w przestrzeni, i w duszy.
I ludzi, z którymi chleb jadłam.
I dzieci, które uczyłam abecadła.
I obłoki, co płynęły po niebie.
A myśli samotne leciały do ciebie.
Teraz już na emeryturze.
Chciałoby się zobaczyć te miejsca,
gdzie młodzieńcza stopa stawała.
Spojrzeć na budynek, na drzewa i dzieci.
Posłuchać wiatru, co tamtędy leci.
Wychwytać echem duszy młodzieńcze westchnienia,
przypomnieć raz jeszcze młodzieńcze marzenia.
I odejść w ciszy ku swemu przeznaczeniu...
Wszystko przeminie i tylko zostanie nazwisko
wyryte w kamieniu.


 

Powrót do Klar

Szkoła w Klarach już nie istnieje. Wybite szyby z daleka zioną pustką. Nad wejściem ślad po godle i tabliczce szkoły. Baraku mieszkalnego nie ma w ogóle.

Do Klar pojechałam 13 marca 1998 roku, żeby zobaczyć szkołę, porozmawiać z dziećmi moich uczniów. Ze ściśniętym sercem patrzyłam na zdewastowany budynek sprzed 47 laty. Śniegochrony z krzewów urosły w drzewa, ale teren szkolny - jedna ruina. Dworku spółdzielni też już nie ma. Na spółdzielczym polu stanęły domy, które też zdążyły się zestarzeć. Na miejscu pompy - hydrant. Tablica głosi: "Spółdzielcza Mieszalnia".

W rozmowie z mieszkańcami dowiedziałam się, że młodsze dzieci dowożone są do szkoły w Humięcinie, a starsze uczą się w Grudusku. Szosa do Gruduska - wyprostowana. Przybyło we wsi domów i sklepów. Przed szkołą, tą samą sprzed lat, spotkałam dzieci z Klar. Ich nazwiska nic mi nie mówią. Znają jednak nazwiska moich uczniów.
W drodze do Klar zatrzymaliśmy się w Szulmierzu, by spojrzeć na dworek, w którym guwernerem był Stefan Żeromski. Ząb czasu nadgryzł mury, przybył tylko obelisk z popiersiem pisarza. Mieści się tu biblioteka.

Wróciłam pełna goryczy. Czuję się, jakbym przybyła z cmentarzyska mojej młodości, moich uniesień, zapału, wielkich nadziei - jakbym stała na gruzach własnego życia. Nie mogę pozbyć się ucisku w sercu i gorzkich myśli. Jechałam z ciekawością i radością. Oczekiwałam rozwoju i rozkwitu, zmian na lepsze. Wrażenia przykrości nie da się ukryć i natłoku myśli, niestety smutnych, że wszystko przemija, a piękne wspomnienia stają się wielkim rozczarowaniem.

---

STEFANIA GŁUCHOWSKA (STAWICKA), nauczycielka języka polskiego w sierpeckich szkołach podstawowych. Urodziła się 7 listopada 1929 roku w Brzoziu Lubawskim (woj. pomorskie). Od 1931 roku zamieszkała w Sierpcu. Ukończyła Liceum Pedagogiczne w Płocku (1951 r.) i Studium Nauczycielskie (1966 r.). W 1978 roku zdała  egzamin kwalifikacyjny wyższego studium zawodowego. W latach 1951-1984 pracowała jako nauczycielka, od 1952 roku w Sierpcu, kolejno w szkołach podstawowych nr 1, 2 i 3. W latach 1975-1984 była zastępcą dyrektora w Szkole Podstawowej nr 3 w Sierpcu. Wyróżniona m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi i Złotą Odznaką ZNP. Zmarła 20 listopada 2010 roku w Sierpcu.
 
 

Od redakcji:

Wspomnienia Sierpczanki Stefanii Głuchowskiej (z domu Stawickiej) stanowią poruszający i autentyczny zapis doświadczenia pokolenia młodych nauczycieli wczesnych lat powojennych. Tekst ma charakter zarówno dokumentalny, jak i osobisty, gdyż łączy kronikarską dokładność (daty, nazwiska, realia organizacyjne) z refleksją emocjonalną.

Niniejsze zapiski to świadectwo pracy i zaangażowania młodej, pełnej ideałów kobiety, która z tzw. nakazu pracy, pomimo tęsknoty za rodzinnym domem, podejmuje się pierwszej pracy w obcym miejscu, na ziemi ciechanowskiej. Jesteśmy  świadkami jej młodzieńczego entuzjazmu, poczucia nauczycie­lskiej misji (ukształtowanej pod wpływem sierpeckich przedwojennych nauczycieli), ale też stopniowego konfrontowania ideałów z trudną rzeczywistością pracy na wsi. Motyw "nakazu pracy" symbolizuje tu charakte­rystyczny dla powojennych czasów obowiązek wobec państwa i społeczeństwa, jak i ograniczenie osobistej wolności wyboru. Szczególnie cenne jest ukazanie codzienności nauczycie­lskiej: skromnych warunków bytowych, wielości obowiązków dydaktycznych i pozalekcyjnych oraz improwizacji, która była nieodłącznym elementem pracy w niedoinwe­stowanej szkole.

Obok trudów życia Autorka ukazuje także momenty humorystyczne i pełne życzliwego podejścia do ludzi: wspólne gotowanie, wizyty gości, wycieczki czy działalność artystyczną z uczniami. Szczególnie przejmujące jest zakończenie wspomnień — powrót po latach do Klar (miejsca pierwszej pracy). Konfrontacja pamięci z rzeczywistością prowadzi do gorzkiej refleksji nad przemijaniem i nietrwałością ludzkich wysiłków.


Magdalena Staniszewska










Komentarze do artykułu: brak komentarzy




Zauważyłeś błąd na stronie?

[x]
O nas | Napisz do nas ^^ do góry


Wszelkie materiały, artykuły, pliki, rysunki, zdjęcia (za wyjątkiem udostępnianych na zasadach licencji Creative Commons)
dostępne na stronach Sierpc online nie mogą być publikowane i redystrybuowane bez zgody Autora.