JAN BURAKOWSKI

JESIEŃ AKSOLOTLA

II. GASNĄCE ISKRY



5. Nocne i dzienne mary i upiory


Z troską i obawą patrzyli w nadchodzące dni nie tylko osieroceni pracownicy Ośrodka. I ja miałem obawy, jak ułoży się nowy okres mojego życia po 1 grudnia 1991 roku - po przejściu na emeryturę. Tłumaczyłem sobie wprawdzie, że właściwie zmieni się nie tak wiele: pozostanie mocne oparcie w Krzysi, pozostaną te same prace domowe i problemy - sympatyczne i kłopotliwe - związane z zamieszkiwaniem pod tym samym dachem z rodziną młodszego syna ... Zmieni się tylko to, że przedpołudnia nie będą wypełnione natłokiem bieżących spraw Ośrodka a ciszą i spokojną - co nie oznacza bynajmniej, że mniej niż w Ośrodku Metodycznym stresującą - pracą nad wspomnieniami. Tak sam się uspokajałem ale w gruncie rzeczy wiedziałem, że emerycka przyszłość nie będzie aż tak podobna do okresu pracy zawodowej i na pewno przyniesie mi sporo zaskoczeń - przeważnie nieprzyjemnych. Na szczęście ostatni kwartał mej pracy zawodowej był tak wypełniony obowiązkami - głównie za sprawą pośpiesznej pracy nad monografią Ośrodka, że nie pozostawiał zbyt wiele czasu na niespokojne rozmyślania i przewidywania.

Na szczęście ... ? Nie tylko na szczęście, niestety. Pochłonięty własnymi problemami, niezbyt uważnie śledziłem sytuację żony, jej problemy i samopoczucie. Nie znaczy to oczywiście, że w ogóle sprawy te nie docierały do mojej świadomości. Owszem to i owo słyszałem, współczułem Krzysi ale przejęty swoimi kłopotami po prostu byłem tylko na wpół biernym obserwatorem jej problemów. Określony wpływ na ten stan rzeczy miało i moje ugruntowane przekonanie, że ona, Krzysia, i tak ma nade mną przewagę z uwagi na charakter swojej pracy. Zbyt późno pojąłem, że to właśnie ona , i właśnie z uwagi na charakter swej pracy, miewa trudniejsze, bardziej złożone problemy moralne i głębsze niż moje stresy.

Oczywiście Krystyna mogła mieć, i zapewne miała, dużo satysfakcji z każdego przyzwoicie wykonanego zabiegu, trafnej diagnozy, wyleczonego do końca trudnego przypadku. Ale była nie tylko lekarzem. Coraz więcej frustracji i przykrych zaskoczeń wiązało się ze sprawowanym przez nią stanowiskiem ordynatora. I nie tylko ordynatora - bo nie tytuł zawodowy wyznaczał jej rangę w szpitalu i w mieście. Wiedziałem, że doktor Domaniewska jest od dawna poniekąd instytucją samą w sobie i wcale nie tak rzadko jej nazwisko i słowo więcej znaczy i jest bardziej wiarygodne niż pieczęć Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego i podpis jego dyrektora. Krzysia od dawna wiedziała, że jest coraz trudniej i zdawała się nawet podchodzić do tych braków i niedociągnięć z humorem. Z iście kobiecą giętkością wymyślała rozliczne sposoby zdobywania dodatkowych środków i stosowania rozmaitych rozwiązań zastępczych. Nie była tylko w stanie zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że sytuacja społeczna czy materialna pacjenta może mieć wpływ na jakość leczenia konkretnego pacjenta. I w związku z tym głównie musiała się zmierzyć z doświadczeniami przekraczającymi jej odporność psychiczną.

Od początku swej pracy zawodowej, a pewnie i wcześniej, Krzysia spotykała się z próbami dodatkowego, indywidualnego wynagradzania przez pacjentów lekarzy, szczególnie w toku leczenia szpitalnego. Wiedziała też - aż nadto dobrze - że znaczna część, pewnie większość, jej koleżanek i kolegów nie jest altruistami i aniołami, absolutnie nieczułymi na urok wypełnionej banknotami koperty czy też kosztownego upominku. Ale do czasu nie miała z tym osobiście większych problemów. Ustaliła się po prostu opinia, że pani doktor, a potem pani ordynator Domaniewska jest tak dziwna, że żadnych upominków od pacjentów nie przyjmuje. Wszystko co można jej ofiarować to ładne kwiatki. Oczywiście, bywało, że ktoś niezorientowany próbował jej coś podrzucić do gabinetu ale były to wypadki rzadkie. Sytuacja zaczęła się komplikować, gdy - już od początku lat 80-tych indywidualne datki dla personelu - od salowej poczynając a na ordynatorze kończąc - stały się w praktyce szpitalnej praktyką ogólną. Pacjentom napływającym na krasnogórską laryngologię - szczególnie spoza naszego miasta a takich była większość - nawet na myśl nie przychodziło, że tu może być trochę inaczej. Krzysia musiała zrozumieć, że nie może do końca zabraniać przyjmowania kopertówek i upominków swemu marnie wynagradzanemu personelowi. A ze swojej osoby i stanowiska uczyniła coś w rodzaju wytwórni pieniędzy na potrzeby szpitala. Po prostu, gdy ktoś rozmowę rozpoczynał od mniej lub bardziej dyskretnego wyciągania koperty z pieniędzmi, pani ordynator proponowała interesantowi wykup specjalnie wydrukowanych przez szpital „cegiełek”. Opracowała nawet coś w rodzaju specjalnej taryfy. - Pacjenci ubodzy wykupowali cegiełkę o wartości równej podsuwanej „kopertówce”, średnio sytuowanym „proponowała” kwotę nieco wyższą a od rozmaitych miliarderów, których sława krasnogórskiej laryngologii przyciągała sporo, ściągała haracz bez litości. Często zdarzało się, że znajdujący się w potrzebie krezus finansował samodzielnie choć bez entuzjazmu zakup jakiegoś nowoczesnego aparatu czy całej partii leków. Tak więc byłem przekonany, że Krzysia w pełni adaptowała się do nowych warunków działania, co więcej, że i w tym zakresie ma liczące się osiągnięcia. Zbyt późno zorientowałem się, że to pozór, że coraz częściej ma do czynienia z przypadkami wobec których jest bezsilna a których jej lekarskie sumienie nie zaakceptuje.

Któregoś listopadowego popołudnia Krystyna wróciła ze szpitala milcząca i zasępiona. Nie chciałem jakimiś niedorzecznymi uwagami stojącego na uboczu emeryta pogłębiać jej irytacji. Ale czas mijał a ani obiad, ani poobiednia drzemka, ani nawet miły wieczorny telefon od Anki z Goeteborga nie poprawiły nastroju Krzysi. Zacząłem się domyślać, że moja żona ma do czynienia z czymś, co wykracza poza codzienną skalę kłopotów. Zagadnąłem ją wreszcie:

- Cóż to, Krzysieńko, czyżbyś znowu wykryła, że doktor Ferenc przyjął jakąś zbyt dużą łapówkę?

Krystyna spojrzała na mnie zmęczonymi oczami, bez irytacji ale i bez uśmiechu. Dopiero teraz dostrzegłem w pełni jaka jej twarz jest smutna i zrezygnowana.

- Takimi głupstwami już dawno przestałam się przejmować... To coś całkiem nowego. - Wyobraź sobie, że Wasilewski chce podzielić mój oddział...

Doktor Lucjan Wasilewski był od niedawna nowym dyrektorem Szpitala Wojewódzkiego. Z konkursu. Ja osobiście znałem go słabo ale Krzysia miała o nim raczej dobrą opinię. Twierdziła zawsze, że jako lekarz sprawdził się a ma też sporo zmysłu organizacyjnego i konieczną na tym stanowisku odporność psychiczną.

- Podzielić? - zdziwiłem się. - A jakie uzasadnienie? Czy w szpitalu potrzebne są aż dwa oddziały laryngologiczne?

Krystyna westchnęła.

- Chodzi o podział dość specyficzny. Byłaby wydzielona specjalna klinika dla bogaczy. Ci, których byłoby stać na odpłatność za leczenie, mieli by naprawdę czystą pościel, naprawdę uśmiechnięte pielęgniarki, naprawdę troskliwą opiekę lekarską no i wolny dostęp do deficytowych leków. A reszta - to znaczy plebs z przyległościami, psiakrew!, leczony byłby „w miarę możliwości”.

Teraz dopiero pojąłem, dlaczego moja żona wróciła ze szpitala aż tak przygaszona. Zawsze nawet cień posądzenia, że mogłaby kogoś leczyć „z większą starannością” z uwagi na jego stanowisko, pozycję materialną czy powiązania towarzyskie, doprowadzał ją do białej gorączki. A teraz zaproponowano jej oficjalnie podział chorych na lepszych i gorszych. Biedna, do końca naiwna, Krzysia...

- To Wasilewski wymyślił? - zapytałem.

- Nie! - Krzysia pokręciła głową. - Aż takim draniem to on nie jest. Wczoraj wrócił z krajowej narady dyrektorów szpitali wojewódzkich, na której zasugerowano rozmaite posunięcia oszczędnościowe i dochodowe - w tym nowatorskie, przylegające do gospodarki rynkowej, rozwiązania. Między innymi zaproponowano powołanie w trybie pilnym, tytułem eksperymentu, trzech takich „klinik dewizowych” - w tym i na naszej laryngologii.

- To prawie zaszczyt - pokręciłem głową. - I co ty na to?

Krystyna wzruszyła ramionami.

- Cóż... Odpowiedziałam krótko. Że nie mam nic przeciwko temu eksperymentowi. Tyle tylko, że noga moja nie postanie w tym oddziale za żółtymi firankami.

Decyzja o utworzeniu w Krasnogórze kliniki dla milionerów i ich pociech mających kłopoty ze strunami głosowymi, złośliwymi polipami w nosie czy też procesami degeneracji ucha środkowego, została oczywiście na jakiś czas zawieszona. Bo tylko placówka firmowana nazwiskiem doktor Domaniewskiej mogła liczyć na sukces. Ale tego rodzaju problemy, nie pozostały bez wpływu na stan zdrowia i samopoczucie Krysi. Ta jesień 1991 roku szybko i w sposób brutalny uczyniła z niej całkiem innego człowieka. Wyraźnie wyszczuplała, owal twarzy zaostrzył się. A przede wszystkim zmieniło spojrzenie. Darmo szukałem w jej oczach dawnej wesołej ciekawości świata. Patrzyły te oczy na wszystkich, jak dawniej, życzliwie ale ta miękka życzliwość coraz bardziej przetkana była rezygnacją i zwykłym zmęczeniem. Patrzyłem na nią z niepokojem. Krzysia skończyła sześćdziesiąt jeden lat. Wiele kobiet z jej wieku wygląda już jak staruszki. Ale jakoś nie potrafiłem dopuścić myśli, że i moja Krzysia może kiedyś też być staruszką. A gdyby się jakoś udało wyrwać ja z tego magla w szpitalu ... Ot, choćby Ania Schindler. Nie tak znowu wiele młodsza od Krzysi a wygląda czasem jak nastolatka ... No, cztery lata to w naszym wieku sporo. Tak ale ona nie ma takiego życia - odbębni swoje lekcje a poza tym dzieli czas zdaje się sprawiedliwie między starania o zachowanie świeżości cery, pogłębioną lekturę i zdrowy, bezproblemowy seks ... Złapałem się kiedyś na tym, że myślę o niej prawie wrogo.

W połowie grudnia Krzysia przyszła do mnie w środku nocy. Zdziwiłem się, bo moja żona - choć zdaje się ostatnio też nie sypiała nadzwyczajnie, przestrzegała skrupulatnie by nie zakłócać swoimi kłopotami snu innym domownikom. Przytuliłem ją, zamieniliśmy kilka słów. Potem usłyszałem, że oddycha głęboko i spokojnie. Zdrzemnąłem się i ja. Od dość dawna głęboki, pełny sen wypełnia mi tylko dwie - trzy godziny nocy, potem już tylko drzemię, budząc się co kwadrans albo i wcześniej. Gdy teraz rozbudziłem się z kolejnej drzemki, musnąłem ustami policzek żony majaczący niewyraźnie w lepkim, gęstym mroku grudniowej nocy. Z poruszeniem i przestrachem wyczułem na ustach ciepłą, słoną wilgoć. Przygarnąłem Krzysię.

- Co ci jest? - szepnąłem.

Milczała długo.

- Nic mi nie jest ... To znaczy ... Obudziłam się i nie mogłam już zasnąć. Uświadomiłam sobie, że niedługo święta, przyjadą dzieci - i jeszcze raz będziemy wszyscy razem. Leżę przy tobie i tak mi jakoś zrobiło się dobrze. Rozkleiłam się.

Pewnie mówi szczerze, oczywiście. Wszyscy miewamy takie czy inne nastroje. Ale znałem Krzysię i wiedziałem, że to na pewno nie wszystko. Wypowiedziała te słowa pewnie bezwiednie ale gdy usłyszałem „jeszcze raz będziemy wszyscy razem”, uczułem chłodny skurcz serca.

- I naprawdę nic cię nie boli? - mruknąłem. - Tak, ni z tego ni z owego nie możesz spać a do tego beczysz ze szczęścia?

- Przepraszam cię... No, tak... Na to właśnie wygląda...

- A jeśli wyartykułujemy to co kryje się za tym „no, tak...”

- Było mi trochę duszno... Ale odetchnęłam głęboko kilka razy i przeszło mi... To chyba dlatego, że miałam taki dziwny sen...

- Tak?

- Przyśniła mi się Ewunia...

- Jaka znowu Ewunia?

- No...nasza Ewunia...

Poczułem, że Krzysia drży i chłodny dreszcz przenika i moje ciało.

Ewa była bliźniaczą siostrą Adama. Urodziła się jako dziecko silne i zdrowe. I jak na dziewczynkę przystało była w pierwszych tygodniach i miesiącach życia większa i sprawniejsza niż jej brat. Rozwijała się pięknie. - Aż do tamtej nocy... Dzieci skończyły już czwarty miesiąc. Pewnej nocy, gdy Krzysia wstała by nakarmić dzieci, stwierdziła , że dziewczynka jest rozpalona. Zmierzyliśmy temperaturę - termometr wykazywał prawie 410C. Nim na dobre zrozumieliśmy co dziecku grozi, po dwóch dniach Ewa zmarła. Stwierdzono ostre zapalenie opon mózgowych, nie poprzedzone żadną dostrzegalną infekcją. Było to jak uderzenie obuchem. Przez tydzień Krzysia trwała w stanie szoku, niewiele do niej docierało. Szukała dziecka by je nakarmić, niespodziewanie podrywała się, bo wydawało jej się, że Ewa zapłakała. Całe szczęście, że było drugie małe dziecko, którym trzeba było się zająć. Chyba tylko to pozwoliło Krzysi powrócić do równowagi, choć trwało to dość długo. A potem... Cóż, Adaś wyrastał na udanego, ładnego chłopca a obraz jego bliźniaczej siostry zacierał się w naszych wspomnieniach. Odeszła przecież tak dawno, tak nagle i tak cicho. Rany w naszych sercach zabliźniły się, miejsce Ewy w nich zostało do końca zagospodarowane przez żyjącą trójkę dzieci, przez wnuki. Tak w każdym razie wydawało mi się aż do dzisiejszej nocy.

- To było tak... - wyszeptała Krzysia. - Otworzyłam drzwi prowadzące do mojego pokoju. Tak jakby już o zmroku. Dostrzegłam, że przy oknie stoi nieruchomo Adaś. To znaczy dostrzegłam w mroku sylwetkę Adasia. Zdziwiłam się, że nie poruszył się na odgłos otwieranych drzwi - wiesz przecież jaki on ruchliwy ... Podeszłam w milczeniu i dotknęłam jego ramienia. Wtedy on odwrócił się powoli i zobaczyłam jego twarz. I wtedy odczułam, że to nie Adaś ale Ewunia. - Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Właśnie odczułam a nie zobaczyłam. Bo twarz na którą patrzyłam była twarzą Adasia ale ja wiedziałam, że to Ewunia.

- Krzysiu, uspokój się ... Cóż sen mara, nie przejmuj się.

- Jestem spokojna, Jaśku. I chcę ci wszystko opowiedzieć ... Gdy spojrzałam na tę twarz odczułam, że jestem szczęśliwa. Jak to dobrze, że ona, Ewa, jest wśród nas, że za chwilę przytulę ją do siebie. Chciałam jej to powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć głosu. I nagle dostrzegłam, że twarz na którą patrzę rozpływa się powoli w mroku. Chciałam chwycić ramię ale odczułam, że trzymam w ręku firankę. I nagle rozbudziłam się z wrażeniem ucisku w piersiach. Odetchnęłam jednak głęboko kilka razy i przeszło mi.

Tej nocy nie zmrużyłam już oka. A zaraz z rana zadzwoniłam do Janusza Czyńskiego, który był nie tylko naszym przyjacielem ale i czołowym kardiologiem krasnogórskiego szpitala. Z prośbą by nie tylko wykonał niezwłocznie rzetelny elektrokardiogram ale w ogóle dokonał wnikliwej inwentaryzacji Krzysinego serca i jego okolic. Po kilku dniach Janusz zajechał na Rybaki przed południem, pod nieobecność Krystyny i zdał mi szczegółową relację z wszechstronnych badań, pogłębionych analizami laboratoryjnymi. Nie odkrył właściwie żadnej dolegliwości wymagającej natychmiastowej klinicznej interwencji.

- Cóż, Janku - zreasumował swoje fachowe wywody - niby prawie wszystko w porządku ale nie będę cię łudził, że obraz jest wspaniały. Pod siedemdziesiątkę u każdego z nas już wszystkie organy są w nienajlepszym stanie. A serce Krystyny, jak wiesz, nigdy nie było jak dzwon. Sęk w tym, że ona tego serca nigdy - w sensie dosłownym i przenośnym - nie oszczędzała. Intensywna praktyka lekarska, oddział, konsultacje, praca na Studium Pielęgniarskim - no i duża rodzina. To sporo - dużo nawet na bardzo zdrowe i silne serce. Trochę zbyt dużo pozwalaliśmy Krzysi harować. Nic dziwnego więc, że ukształtował się zaawansowany kompleks nerwicowy, postępuje hyperwagotonia. Nie jest to ostro zarysowana choroba ale przy zbyt wielu obciążeniach, nie tylko przecież psychicznych, można się spodziewać różnych niespodzianek, do bardzo przykrych włącznie.

Już to co mówił Czyński musiało mnie mocno zaniepokoić. A jeszcze bardziej niepokoiło to, czego nie powiedział. Bo wyraz twarzy Janusza wskazywał, że w gruncie rzeczy sytuacja jest gorsza niż on mi referuje. Czy może raczej, że intuicja lekarska podszeptuje mu, że w tym znerwicowanym sercu jest coś niepokojącego ale niebezpieczeństwo jest na tyle trudno uchwytne, że nie sposób to dostrzec i opisać.

Poczułem się bezradny jak dziecko.

- Proszę cię, Januszu, powiedz mi co mam robić?

Czyński mocno uścisnął mi rękę.

- Cóż... Przede wszystkim nie wpadaj w panikę. Nie ma do tego podstaw a poza tym tylko pogorszyło by to sytuację. Bądź pewny, że oboje z Ireną zabierzemy się ostro do Krysi. Pierwsza rzecz to odciążyć ją. Oczywiście nie od razu i nie od wszystkiego. Obroty trzeba zmniejszać stopniowo, bo nagłe zmiany przy stanach nerwicowych mogą mieć fatalne skutki. Chyba najpierw powinna przekazać oddział Ferensowi. Zrobi to chyba bez przykrości, bo ceni a nawet lubi tego rudzielca, choć wie, że on urządzi szybko klinikę dla milionerów o ile tylko odpowiednie czynniki uznają, że bez Krystyny będzie to sensowne. Z miejsca trzeba też przerwać zamiejscowe konsultacje - a w każdym razie je ograniczyć. W połowie przyszłego roku, najpóźniej, powinna przejść na emeryturę. Myślę, że kilka godzin tygodniowo konsultacji w szpitalu no i zajęcia na studium, które twoja żona bardzo lubi, to w sam raz na jej siły - i do tego optimum dojdziemy za pół roku. A jeszcze wcześniej, zimą, wyślemy ją do sanatorium. To właściwie skandal, że nigdy tam jeszcze się nie kurowała. Ty zresztą zdaje się też?

- Tak. No ale ja jestem zdrowy jak koń!

- Masz rację. Tyle tylko, że jesteś koniem w pewnym wieku... Takiego konia nazywamy my zwykle szkapą, stary.

Krzysia potulnie zgadzała się z wszystkimi radami i sugestiami. Ale na razie mijały dnie i tygodnie, zaczęły mijać miesiące a wszystko toczyło się według starego układu. Tyle tylko, że zmusiłem Krzysię by wzięła kilka dni urlopu na okres świąteczny.